Wszystkie aktualności

Czwartkowe Rozmowy #1 – Wiktor Kłos

czwartek, 07/05/2020

Rozpoczynamy format Czwartkowe Rozmowy. Cyklicznie na łamach serwisu internetowego będziemy publikowali wywiady, ale również artykuły na temat osób związanych ze Stalą Rzeszów.

Autor tekstu: Sebastian Chyl
11+

Rozpoczynamy format Czwartkowe Rozmowy. Cyklicznie na łamach serwisu internetowego będziemy publikowali wywiady, ale również artykuły na temat osób związanych ze Stalą Rzeszów.

W tych publikacjach nie będą określone sztywne ramy. Nie wykluczam, że rozmowy będą bardzo długie. Możemy spodziewać się także krótszych form. Jednak dzisiaj zapraszam na pierwszego gościa, którego obecność trzeba było rozłożyć na dwie odsłony. Z korzyścią dla czytelnika! Mimo młodego wieku miał sporo do powiedzenia i jak na chłopaka z podkarpacia przystało, charakteru w dążeniu do celu nie można mu odmówić.

Od Jagiełły do Warszawy

Wychowałeś się w małym ośrodku. Jednak miłość do futbolu w każdym zakątku świata jest taka sama. Jak wspominasz pierwszy kontakt z piłką?
– Wszystko zaczęło się od mojego dziadka, który był prezesem Zorzy Jagiełła. To dzięki jego osobie zaszczepiłem w sobie pasję. Od najmłodszych lat każdą wolną chwilę spędzałem ze znajomymi na lokalnym boisku, a w trakcie weekendów regularnie odwiedzałem spotkania Zorzy. Byłem tak pozytywnie zakręcony, że podczas ligowych pojedynków potrafiłem ukradkiem wejść do szatni i przebierać się razem z zawodnikami, którzy szykowali się do spotkania. Tylko i wyłącznie po to, aby przez chwilę poczuć się jak oni.

W wieku 7 lat trafiłeś do Orzełka Przeworsk.
– Tutaj również dużą role odegrał dziadek, który wielokrotnie zawoził mnie na zajęcia, ale zaczęło się dosyć niewinnie. Pewnego razu pojechałem z nim na mecz Orła Przeworsk. Zobaczyłem jak chłopcy ze szkółki na meczu seniorów podają piłki. Stwierdziłem, że sam chciałbym być częścią takiej grupy. Po rozmowie z mamą udałem się na pierwszy trening. Podobało mi się i tak rozpoczęła się moja przygoda z Orzełkiem.

Która trwała blisko 5 lat.
– Dokładnie. Na początku prowadził mnie Waldemar Majba. Poza treningami uczestniczyliśmy w wielu turniejach. Pojawiły się pierwsze wyróżnienia. Dla młodego chłopaka było to coś znaczącego. Wtedy bardziej z dumą spoglądało się na indywidualne nagrody. Zostać królem strzelców lub MVP to było coś!

Wiktor Kłos (w środku)

Jak w tamtym okresie wyglądała Twoja drużyna od strony piłkarskiej?
– Szybko zaliczyłem sportowy awans, bo trafiłem do zespołu z rocznika 1998 prowadzonego przez Grzegorza Łuczyka, a w ostatnich latach pobytu w Przeworsku reprezentowałem nowo utworzoną drużynę skupioną wokół chłopaków urodzonych w 1999 roku. To była bardzo solidna ekipa. Wtedy w rozgrywkach juniorskich na szczeblu wojewódzkim zajęliśmy miejsce na podium – ulegając tylko Stali Rzeszów.

Team o którym wspomniałeś poza Wiktorem Kłosem może pochwalić się piłkarzami, którymi udało się zakotwiczyć na szczeblu centralnym?
– Kornel Kordas jest obecnie zawodnikiem Widzewa Łódź, a wcześniej reprezentował w czasach III-ligi barwy Stali Rzeszów. Wielu chłopaków skończyło na boiskach niższych lig, ale tam też czerpią wielką radość z gry.

Następnie wylądowałeś w SMS Resovii chociaż interesowały się Tobą inne drużyny.
– To był okres, kiedy kończyłem szkołę podstawową. Regularnie w trakcie sezonu byłem powoływany do reprezentacji podkarpacia. Po jednym ze zgrupowań pojawiło się zaproszenie na testy z Akademii Legii Warszawa. Pojechałem do Warszawy i była to fajna przygoda. Poznałem z bliska otoczenie Klubu, odbyłem czterodniowe testy. Jednak wraz z najbliższymi uznałem, że nie jestem jeszcze gotowy, aby wykonać tak wielki krok. Wybrałem ofertę z Rzeszowa, ze względu na bliską odległość od rodzinnego domu i moich kolegów z Orzełka, którzy razem ze mną tam trafili.

Jak rozumiem temat Legii bardzo szybko powrócił.
– Skauci Legii ciągle mnie obserwowali, a w międzyczasie dostałem ciekawą propozycję z Lecha Poznań. Nie ukrywam, że miałem wielką zagwozdkę. Zostać na miejscu, czy wybrać możliwość kształcenia się w najlepszych polskich klubach. Wiedziałem, że taka okazja może za kilka miesięcy się nie powtórzyć. Działacze z Warszawy po jednym ze sparingów otwarcie przyznali, że liczą na mnie. Taka deklaracja wiele dla mnie znaczyła. Ponadto w stolicy mieszkała moja ciocia, która w późniejszym okresie na każdym kroku mi pomagała i za to będę jej zawsze wdzięczny.

Trzynastolatek z Jagiełły w Warszawie. Brzmi mocno. Jak znosiłeś rozłąkę?
– Nie ukrywam, że było ciężko. Nie zapomnę jak załatwiliśmy wszystkie sprawy formalne i mama wsiadała do autobusy powrotnego. Na jej twarzy na zmianę pojawiały się łzy i uśmiech. Ja też płakałem, ale z każdym dniem było coraz lepiej. Chwilę mieszkałem w bursie, a przez następne lata gościłem u wspomnianej cioci. To mi pomogło przystosować się do czteroletniego życia w stolicy.

Pierwsze wrażenia chłopaka z podkarpacia na Łazienkowskiej?
– Szok! Legia nie miała wtedy tak mocno rozbudowanej infrastruktury jak teraz, ale robiło to wielkie wrażenie. Liczba boisk oraz ludzi pracujących przy danym roczniku była ogromna. Od razu widać było wysoki poziom. To był moment kiedy do Warszawy skauci ściągali najlepszych zawodników z poszczególnych regionów. Dla nas to też była nowość. W swoich macierzystych ośrodkach byliśmy wyróżniającymi się zawodnikami. Nagle stawaliśmy się jednymi z wielu, ale to bardzo motywowało do ciężkiego wysiłku.

Przemysław Łagożny, którego bardzo cenię przekazał mi, że miałeś doskonały charakter do pracy, ale w tamtym okresie odstawałeś pod względem fizycznym.
– To prawda. Zawsze czułem, że gra z piłką przy nodze to mój atut. Nigdy nie brakowało mi techniki użytkowej i umiejętności. Jednak od rówieśników byłem mniejszy. Może wpływ na to miała genetyka? Trafiałem na rówieśników, którzy byli o 20 lub nawet 30 centymetrów wyżsi. Najbardziej odczułem to jak w wieku 15 lat pojechaliśmy do Kopenhagi na eliminacje turnieju Nike Premier Cup. Na tle chorwackiej Armady Rijeki wyglądałem bardzo mizernie. Chorwaci nie dość, że byli wysocy, dominowali fizycznie to cechowała ich niebywała zadziorność. Naprawdę wywarli wtedy na mnie ogromne wrażenie.

Mieliście mocny rocznik. Kto z tamtej drużyny wypłynął na szerokie wody?
– Najbardziej Sebastian Walukiewicz. Występuje obecnie w Cagliari Calcio, ale przez wiele osób nadal bardziej kojarzony jest ze świetnymi meczami w Pogoni Szczecin. Nie ukrywam, że to mój dobry znajomy i cały czas mamy świetny kontakt. Od samego początku pobytu w Legii trzymaliśmy się razem. Ponadto moja ciocia utrzymywała koleżeńskie relacje z jego mamą. Sebastian pochodził z odległego Gorzowa Wielkopolskiego, więc w przypadku krótkich świąt zawsze staraliśmy się sobie pomagać. Zadebiutował we Włoszech w starciu z Juventusem Turyn. Idzie mu dobrze i bardzo mnie to pocieszy.

Poza Walukiewiczem kogo byś jeszcze wspomniał?
– W szerokiej kadrze Legii jest Mateusz Praszelik. Ma na swoim koncie oficjalny debiut w ekstraklasie i jestem pewien, że ta liczba będzie rosła. Z moją drużyną trenował również Michał Karbownik. Co prawda jest o rok młodszy, ale spotkaliśmy się w jednym zespole.

Legia to wiele barwnych postaci i szerokie grono byłych zawodników. Z kim miałeś okazję pracować?
– Przy moim roczniku swój staż trenerski rozpoczynał Aleksandar Vuković. Wspominam go bardzo dobrze. Podobną drogę przechodził także Marek Saganowski, czyli jakby nie patrzeć obecny sztab szkoleniowy przyszłego Mistrza Polski. Moim drugim trenerem w drużynie U15, U16 i U17 był Tomasz Sokołowski. Jeśli chodzi o niego, to doskonały materiał na szkoleniowca. Dużo nam pomagał, chciał jak najwięcej przekazać swojego niemałego doświadczenia z boiska i dbał o dobrą atmosferę. Po odejściu z Legii cały czas podtrzymywaliśmy kontakt, który trwa po dziś.

fot. Legia Warszawa

Ciąg dalszy nastąpi…

Autor tekstu: Sebastian Chyl

Najnowsze aktualności