Artykuły

Czwartkowe Rozmowy #21 – Sebastian Nowak

czwartek, 25/02/2021

Czwartkowe Rozmowy to format w którym publikujemy niezwykle ciekawe wywiady i artykuły autorstwa Sebastiana Chyla na temat osób związanych ze Stalą Rzeszów.

Autor tekstu: Sebastian Chyl
+6

Czwartkowe Rozmowy to format w którym publikujemy niezwykle ciekawe wywiady i artykuły autorstwa Sebastiana Chyla na temat osób związanych ze Stalą Rzeszów.

W dalszym ciągu w naszej rubryce gościmy Sebastiana Nowaka. Z racji niebagatelnego doświadczenia i wielu pozytywnych refleksji na temat przeszłości każda kolejna rozmowa jest coraz bardziej ciekawsza.

Tworzona historia w Niecieczy

fot. termalica.brukbet.com

Nakręcała Cię niesamowita atmosfera śląskich kibiców. Po czym trafiasz do Niecieczy, gdzie na trybunach jest kilkanaście osób.
– I pole kukurydzy! To był czas, kiedy miałem już konflikt z trenerem Adamem Nawałkę i nie było dla mnie miejsca w Zabrzu. Miałem jedną konkretną ofertę z ekstraklasy, ale była stosunkowo słaba pod względem finansowym. Nie ukrywam, że w tamtym okresie czasu byłem po wielu latach gry w Ruchu i Górniku, a nie miałem nic odłożonych pieniędzy. Pojawiła się oferta z Termaliki. Szybko zorientowałem się w środowisku, że jest to pewne miejsce pod względem finansowym. To był dla mnie priorytet, gdyż urodziła mi się druga córka. Ponadto moja żona pochodzi z Rzeszowa do którego zawsze chciała wrócić, więc odległość też miała duże znaczenie.

Czyli nie mieszkałeś w Niecieczy?
– Nie. Cztery lata spędziłem w Tarnowie i stamtąd dojeżdżałem na treningi. Chociaż już wtedy wiedziałem, że będziemy chcieli zamieszkać w Rzeszowie. Kupiliśmy mieszkanie w szeregówce i powoli myślami wybiegałem do Rzeszowa.

Pierwsze wrażenia z Niecieczy?
– Po raz pierwszy pojawiłem się tam w dniu podpisania umowy. Zastałem kameralny stadionik i nie ukrywam, że byłem mile zaskoczony. Fakt. Dookoła pola kukurydzy, ale warunki same w sobie bardzo dobre.

Funkcjonowanie w środku tego klubu, to zapewne wiele anegdotek.
– Prawda, ale dla mnie najważniejsza była świadomość, że tworzy się dobry zespół. W każdym kolejnym roku wiele się zmieniało na plus. Od rozbudowy stadionu po sprawy organizacyjne. Pamiętam, że na początku nie mieliśmy pralki. Jako bramkarz mocno to odczuwałem, bo byłem ubrudzony najbardziej. Nawet sam załatwiłem dla drużyny miejscową Panią, która za drobne pieniądze prała nam te stroje. To teraz jest zabawna sytuacja, bo mieliśmy duże pieniądze, a brakowało pralki. Początkowo dużo też jeździliśmy do innych miejscowości. Trenowaliśmy między innymi w Żabnie. Późniejsze pojedynki w I lidze z Kolejarzem Stróże, to temat na osobną książkę. Mimo małego klubu działo się wiele.

Wyczuwalne były plany awansu?
– Przed moim przyjściem drużyna walczyła do końca o utrzymanie. Po dokonaniu wzmocnień celem była pierwsza piątka i takie też miejsce zajęliśmy. Mieliśmy kiepskie zakończenie rundy wiosennej. Pojawiały się głosy, że specjalnie odpuściliśmy walkę o awans. Z mojej perspektywy dawaliśmy z siebie wszystko, a może to innym osobom niezbyt zależało na naszym dobrym wyniku.

Następnie przyszedł trener Kazimierz Moskal.
– Tak. Zakomunikowano nam, że gramy o pierwszą trójkę, gdzie pierwsze dwa miejsca dawały awans. Przegraliśmy go w przedostatniej kolejce. W ostatniej akcji meczu Michał Wróbel z Olimpii Grudziądz jako bramkarz strzelił wyrównującą bramkę. W meczu kończącym ligę przegraliśmy wysoko z Flotą Świnoujście. Z perspektywy boiska powinniśmy ten mecz co najmniej zremisować. W głowach mocno nam siedział ten remis z Olimpią. Zabrakło dosłownie 30 sekund. Nikt normalny nie mógłby wymyśleć tak brutalnego scenariusza. W kolejnym roku przez dłuższy czas okupywaliśmy dolne rejony tabeli. Nastąpiła zmiana szkoleniowca. Posadę objął Piotr Mandrysz. Złapaliśmy dobrą passę i ostatecznie zakończyliśmy zmagania na piątym miejscu. To był prognostyk, że w końcu możemy na poważnie spróbować zaatakować ekstraklasę.

I w końcu się udało.
– Po tylu latach nieudanych prób w końcu nam się udało i zajęliśmy drugie miejsce za Zagłębiem Lubin. To był taki pstryczek w nos wobec tych, którzy przez lata pisali, że specjalnie odpuszczamy promocję do wyższej ligi. Dodatkowo nigdy wcześniej tak mały ośrodek nie grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Państwo Witkowscy to inteligentni, zamożni ludzie i szybko wybudowali stadion i spełnili wszelkie procedury. Początkowo graliśmy w Mielcu, ale powróciliśmy do Niecieczy.

Wracając do samego awansu. Długo świętowaliście?
– Radość była ogromna. W Niecieczy odbyła się również feta. Było tam zaproszonych wielu gości. Nawet znanych dziennikarzy. Organizację tego po latach wspominam z niesmakiem. Mieliśmy wrażenie, że od samych zawodników ważniejsi są oficjele. Ale nie ma co do tego wracać.

Pierwsza kroki z Termalicą w ekstraklasie. Czuliście przysłowiową szyderę ze strony innych klubów, kibiców?
– Odczuwaliśmy to. Najbardziej we znaki dał się nam wyjazd na Legię Warszawa. O ile na śląsku rozumiałem wszelkie animozje, to na Łazienkowskiej w momencie, kiedy się rozgrzewałem za popularną “Żyletą” przeżyłem szok. Takich epitetów i przeogromnej ilości chamstwa nie słyszałem nigdy. Mnie to nakręcało, ale na młodszych kolegów nie zawsze to miało dobry wpływ. Wtedy w Warszawie jako jedyna ekipa w tamtej rundzie mieliśmy większe posiadanie piłki od gospodarzy także daliśmy z siebie wszystko. Wiadomo, że byliśmy kolorytem tej ligi. Bywały zabawne sytuacje, że śpiewano w naszym kierunku “ogórek, ogórek…”. To jestem w stanie zaakceptować w piłce, ale ogromnemu chamstwu z warszawskich trybun mówię nie.

Często powracasz wspomnieniami do meczu z Wisłą Kraków, której strzeliłeś bramkę?
– Staram się nie wracać za często do tego, co było. Przypominają mi o tym kibice. Swego czasu pojechałem z rodziną do Energylandii i zaczepił mnie sympatyk krakowskiej Wisły. Nawiązywał w humorystyczny sposób do tego pojedynku. Wtedy uświadomiłem sobie, że ludzie nadal o tym pamiętają. Jeszcze ciekawiej było, kiedy zawitałem tam drugi raz i ponownie ta sama osoba podeszła powspominać ten mecz. Śmialiśmy się, że to wszystko ukryta kamera. Takie sytuacje są miłe. Mi na Reymonta zawsze dobrze się grało. Po tym meczu zostałem przez statystyków zapisany jako pierwszy bramkarz, który strzelił bramkę w ekstraklasie.

Nie da się ukryć, że miałeś wtedy swoje pięć minut w mediach.
– Nie będę ukrywał. Po meczu musiałem kilkukrotnie ładować telefon. Cały czas dostawałem sms-y, dzwoniły telefony i pojawiały się zaproszenia na wywiady. Przez chwilę nie łatwo było wrócić do rzeczywistości. W międzyczasie dostałem ciekawą ofertę z topowego polskiego klubu. W końcówce rundy przez to moje myśli nie były tam gdzie być powinny i troszkę obniżyłem swe loty.

Z tych wszystkich około ligowych meczów pamiętam spadek Górnika Zabrze do I ligi na stadionie w Niecieczy.
– Podczas tego pojedynku byłem zawodnikiem rezerwowym. Z perspektywy czasu cieszę się, że nie wystąpiłem w tym spotkaniu. Mogłoby to spowodować mnóstwo negatywnych emocji i spekulacji w moim kierunku. Pamiętam, że podczas rozgrzewki Torcida krzyczała w moim kierunku ,,Seba pomóż!”, czyli nadal dobrze mnie pamiętali.

I te wymowne obrazki po ostatnim gwizdku.
– Szkoda takich klubów z tradycją i zapleczem kibicowskim. Jednak pamiętajmy. To nie jeden mecz decyduje czy zostajesz w lidze, tylko praca przez cały rok. Zwłaszcza na bramkarzach spoczywa ogromna odpowiedzialność. Podobnie miałem grając w Termalice. Można było mówić, że Wróbel pokonał Nowaka i przez to nie było awansu, a co z pozostałymi 33 spotkaniami?

Ciąg dalszy nastąpi…

Autor tekstu: Sebastian Chyl

Najnowsze aktualności