Robert Trznadel

Robert Trznadel: W końcu mogę znowu robić to, co kocham i robię całe życie!

poniedziałek, 20/01/2020

Robert Trznadel, prawy obrońca Stali Rzeszów, po długiej kontuzji wrócił do gry. Dziś opowiada, jak ten okres wyglądał "od kuchni".

Autor tekstu: Tomasz Flakowski
1+

Robert Trznadel, prawy obrońca Stali Rzeszów, po długiej kontuzji wrócił do gry. Dziś opowiada, jak ten okres wyglądał "od kuchni".

Po tym jak trafiłeś do Stali Rzeszów, szybko zostałeś jednym z ulubieńców naszych kibiców. Powiedz, jak cały ten okres wyglądał z Twojej perspektywy, dlaczego zdecydowałeś się wówczas na przeprowadzkę na Podkarpacie i jak wyglądały pierwsze miesiące przy Hetmańskiej?

Nie ukrywam, że po pobycie w pierwszoligowej Odrze Opole szukałem klubu w wyższej klasie rozgrywkowej i takie zainteresowanie wstępnie się pojawiało, chociaż temat Stali przewijał się praktycznie od samego początku poszukiwań klubu przez managerów z ATJ Management. Z czasem te tematy zaczęły trochę się rozmywać, podczas gdy Stal była bardziej konkretna. Klub przedstawił dobrą ofertę, na którą mogłem przystać. Od początku nie chodziło tylko o mnie, bo w czerwcu urodziło mi się drugie dziecko i musieliśmy całe życie wywrócić do góry nogami, więc to nie była prosta decyzja. Tak naprawdę nie spodziewaliśmy się tego, że będziemy musieli się wyprowadzać ze Śląska, ponieważ rozmowy z Odrą Opole o przedłużeniu kontraktu były prowadzane do momentu zatrudnienia trenera Rumaka. Wówczas Stal Rzeszów była dla mnie wielką niewiadomą. Na tamtą chwilę był to przecież klub trzecioligowy, ale muszę przyznać, że przedstawili bardzo ambitne plany i ciekawą perspektywę. Pamiętam, że przed przyjazdem do Rzeszowa jeszcze późno w nocy odbyłem około dwugodzinną rozmowę z trenerem Niedźwiedziem przez telefon. Przekonał mnie bym przyjechał i zobaczył, jak to wszystko wygląda. Inne kluby nie były tak konkretne, więc przyjechałem, zobaczyłem i tak już zostałem. Kontrakt miałem wcześniej dogadany, więc szybko się to potoczyło. Pojechaliśmy na obóz do Dębicy, w trakcie którego jeździliśmy do Rzeszowa na badania lekarskie. Umowę podpisałem na rok, bo uznaliśmy z moja żoną Magdą, że jak będzie coś nie tak, to wracamy do siebie. W zasadzie pierwszy okres pobytu to był obóz w Dębicy.

Trznadel

Później tydzień byłem sam w Rzeszowie, mieszkałem w hotelu i ten czas poświęciłem na szukanie mieszkania. Najczęściej były to prowadzone z żoną długie wideo-rozmowy, co nie było też łatwe z powodu dzieci, bo mało osób chciało wynająć mieszkanie rodzinie z dwójką maluchów. W końcu jednak udało się znaleźć mieszkanie w dobrej lokalizacji, blisko stadionu i nie ukrywam, że trochę pomogło to, że gram w Stali, bo jak o tym wspomnieliśmy to uwiarygodniliśmy się w oczach właścicieli. Tutaj duży szacunek dla mojej żony, ponieważ w tym czasie musiała sama wszystko ogarnąć i spakować się do Rzeszowa z dwójką małych dzieci.  

Później odbyliśmy z drużyną kolejny obóz i na początku sierpnia, jak dobrze pamiętam, już z całą rodziną przeprowadziliśmy się do Rzeszowa. Od samego początku bardzo spodobało nam się to miasto. Dużo ładnych miejsc do wyjść z dziećmi, spacery nad Wisłokiem, prace zabaw, rynek. Tym bardziej, że Śląsk nie jest najpiękniejszym miejscem do mieszkania. Chociaż przyznam, że był to mega ciężki okres dla nas, właśnie głównie ze względu na przeprowadzkę w nowe miejsce, bez rodziny, znajomych, z dwójką małych dzieci – Lena miała niecałe 2 lata i Kamil miesiąc. Z czasem zaczęło się układać i myślę, że teraz czujemy się tutaj, jak u siebie.

Jeżeli chodzi o piłkarskie aspekty, to czułem się bardzo dobrze w Stali. Odpowiadał mi ofensywny styl gry, bo praktycznie całą przygodę z piłką byłem zawodnikiem ofensywnym, a dopiero od kilku lat gram jako prawy obrońca. Rundę zaczęliśmy bardzo dobrze, wygrywaliśmy mecze seriami, więc pozytywnie to wyglądało.

Trznadel

Później nadszedł 25 maja 2019 roku i mecz 32 kolejki III ligi z Wisłą Sandomierz. Jak pamiętasz ten dzień, mecz i samą kontuzję?

W tamtym okresie czułem się mega dobrze i fizycznie i piłkarsko. Nic nie wskazywało, że coś będzie nie tak. Kolano nie dawało żadnych oznak, że coś jest nie tak, a jednak już na rozgrzewce podczas strzałów czułem delikatny dyskomfort. Mimo to normalnie wszedłem w mecz, bo myślałem, że to nic takiego. Paradoksalnie w trakcie meczu zostałem kopnięty w twarz i po jakimś czasie zaczął mi się obraz w oczach rozmazywać. Zastanawiałem się czy nie zejść z boiska, ale zaczęło się poprawiać, wiec grałem dalej. Zaledwie kilka minut po tym, podczas biegu poczułem ukłucie w kolanie i pojawiało się praktycznie z każdym razem jak stanąłem na tą nogę, więc zszedłem z boiska. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się, że czeka mnie taka długa przerwa, bo kolano nie było spuchnięte ani niestabilne, więc byłem dobrej myśli. Po wstępnym badaniu stwierdzono, że może być to uraz łąkotki, bo wszystkie objawy na to wskazywały. Dlatego nie byłem aż tak bardzo załamany tym faktem, chociaż była duża złość, że nie będę mógł pomóc drużynie w ostatnich meczach decydujących o awansie. Cały czas myślałem, że będzie dobrze, że może jeszcze coś da się zrobić, żeby dograć rundę do końca.

Jak wyglądały pierwsze dni po kontuzji i Twoje codzienne funkcjonowanie w domu i w klubie?

Mecz był w sobotę, a wizytę u dr Białka miałem umówioną na wtorek. Rano rezonans i później diagnoza, której kompletnie się nie spodziewałem. Uraz chrząstki i co najmniej pól roku przerwy od grania. Na początku w to nie wierzyłem, tym bardziej, że nigdy nic takiego poważnego nie miałem. Jednak, gdy podjęliśmy jeszcze próbę powrotu w ostatnich meczach, kolano musiałem mieć ostrzykiwane, żeby złagodzić ból w kolanie. Niestety, w trakcie treningu objawy były zbyt bolesne i musiałem odpuścić. Wiedziałem, że trener i drużyna na mnie liczą, więc w trakcie treningu, jak poczułem, że nie mogę już dłużej trenować i że ból nie pozwoli mi na grę, to aż głupio mi było podejść do trenera Niedźwiedzia i powiedzieć, że nie dam rady grać…

Psychicznie musiałem szybko się z tym uporać. Wiedziałem, że nie mogę się załamywać i narzekać na to, co się stało, bo przecież nie byłem w stanie już tego zmienić. W głowie miałem to, żeby chłopaki wygrali kolejne mecze i ostatni z Podhalem. Na tym się skupiałem. Nawet na operację umówiliśmy się od razu w poniedziałek, po ostatnim meczu, bo nie chciałem na tym ważnym dla nas wydarzeniu chodzić o kulach, tym bardziej, że przede mną była perspektywa długiej rehabilitacji, więc te kilka dni opóźnienia nic nie zmieniało w mojej sytuacji.

W tym czasie wiadomo, że pierwszą instancją do rozmowy była moja żona Magda. Od razu chciałbym jej podziękować za wyrozumiałość, bo myślę, że w początkowym okresie po operacji zanim się oswoiłem z tym wszystkim, mogłem być trochę nieznośny w domu (śmiech). Po tym koledzy z drużyny i trener dali mi do zrozumienia, że dalej na mnie liczą i będą czekać na mój powrót. Pamiętam też, że jeszcze po meczu z Podhalem, na imprezie zorganizowanej przez klub rozmawiałem z prezesem Kaliszem i powiedziałem takie jedno zdanie: ”mam nadzieję, że szybko się wyleczę,” a prezes na to, że nie mam się szybko wyleczyć, tylko porządnie, a Stal mi w tym pomoże i zapewni do tego warunki, które – co dziś muszę przyznać – były bardzo dobre. Myślę, że to miało też duży wpływ na to, że podchodziłem ze spokojem do tego okresu rozbratu z piłką i pogodziłem się z tym.

Już po operacji stawiałem sobie małe cele, które odliczały mi czas do końca rehabilitacji. Najpierw dwa tygodnie leżenia i trening w izolowanej formie, później chodzenie o kulach do ok 8-10 tygodni, później odstawienie kul i pierwsze kroki bez, zwiększanie obciążeń na siłowni plus praca nad zakresem zgięcia w kolanie, pierwszy trucht itd. Nigdy nie patrzyłem na to, że pól roku nie będę grał, ani trenował. Normalnie tylko rozdzieliłem to na krótsze okresy, które łatwiej było osiągnąć.

Trznadel

Potem był już tylko mecz z Podhalem. Całe klub i całe miasto tym żyło. Co czuje zawodnik, który tyle dał drużynie przez cały sezon, a potem najważniejsze spotkanie, z powodu kontuzji, musi oglądać z wysokości trybun?

Muszę powiedzieć, że do meczów podchodzę bardzo spokojnie wtedy kiedy gram, bez żadnego strachu, ale ten ostatni mecz z Podhalem Nowy Targ od samego rana przeżywałem. „Jak to będzie, czy wygramy?” Pojawiały się różne myśli, a już na samym meczu panowała mega atmosfera, która i mi się udzieliła. Potem pewna wygrana i awans! Szacunek dla chłopaków, że dali radę, tym bardziej, że była bardzo wysoka temperatura. Muszę powiedzieć, że jak zobaczyłem podczas meczu, jak pracują i walczą o każdą piłkę, to byłem już spokojniejszy. Jedyne czego żałowałem to to, że nie mogłem być częścią tego widowiska, chociaż trochę pocieszałem się tym, że pomogłem doprowadzić do takiej sytuacji, że walczyliśmy o awans.

Nowy sezon i cała runda bez gry, jak sobie z tym radziłeś? Jak wyglądał ten czas dla Ciebie?

Nie ukrywam, że po pierwszych trzech, czterech kolejkach był moment lekkiego załamania, bo widziałem chłopaków na boisku, a ja nawet nie mogłem truchtać, a tym bardziej jak pomyślałem sobie, że jeszcze zostało 12 kolejek do końca rundy. Bardzo dużo czasu. Później przerwa zimowa, więc zanim zagram upłynie jeszcze dużo wody. Starałem się jednak to odrzucać od siebie i myśleć tylko i wyłącznie o swojej pracy w każdym treningu, ćwiczeniu i o tym, co sam mam do wykonania, żeby za jakiś czas być na tym boisku, by pomóc drużynie.

Gdybyś miał ocenić z dzisiejszej perspektywy, to co dobrze, a co negatywnie na Ciebie wpływało w tym czasie?

Pozytywnie wpływało na mnie to, że po prostu mogłem trenować będąc na siłowni podczas rehabilitacji i nie zastanawiałem się, co będzie, za ile wrócę. To był taki moment resetu w głowie. W dalszej części rehabilitacji możliwość przebywania z chłopakami w szatni, poczucie w jakiejś części tej atmosfery, która towarzyszyła mi na co dzień, było ogromnie ważne, tak samo jak wsparcie od osób z klubu. Naprawdę od wielu osób słyszałem, że czekają aż wrócę do grania, co mi bardzo pomagało. Z drugiej strony ciężko znaleźć takie momenty, które określiłbym jako negatywne. Z pewnością ta monotonia treningu, ciągle te same schematy treningu mogły nużyć. Pojawiały się też takie myśli, czy z kolanem wszystko będzie ok, bo jednak nie jest to pospolity uraz.

Wróćmy jeszcze do Twoich treningów, które pomogły Ci wrócić na boisko. Jak to wyglądało „od kuchni”?

Pierwsze treningi po operacji odbywały się w Szpitalu Pro Familia, z którym klub współpracuje, gdzie miałem naprawiane kolano przez dr Białka. W zasadzie były to lekkie ćwiczenia i chłodzenie plus kompresja na kolano. Później z czasem zaczęły dochodzić ćwiczenia na gumach, napięcie mięśni, czy zginanie kolana. Dużo pracy indywidualnej, dopóki kolano nie pozwoliło na coś więcej. Następnie zaczęła się praca z Adrianem (Adrian Smolarz, fizjoterapeuta Stali Rzeszów – przyp. red.) na siłowni, wzmacnianie wszystkich mięśni w nodze, jednocześnie nie narażając na ucisk miejsca kontuzji. Po odstawieniu kul, czyli po około ośmiu tygodniach doszła jazda na rowerku i na początku chodzenie, praca nad odpowiednim krokiem – bo może to wydawać się śmieszne, ale po takim czasie, jak nie używałem nogi, to całkiem inaczej stawiałem stopę i inaczej obciążałem nogę niż przed kontuzją. Wyglądało więc to tak, że raz dziennie miałem treningi z fizjoterapeutą, a dodatkowo praca indywidualna w domu. Z czasem zwiększaliśmy ich objętość i intensywność.

Trznadel

Z boiskiem kontakt miałem dość szybko, bo jak zaczęliśmy wprowadzać trucht, to już po nim biegałem, ale jeżeli chodzi o kontakt z piłką, to muszę powiedzieć, że nie zastanawiałem się nad tym w przerwie, w której nie grałem, ale naprawdę tęskniłem za tym i bardzo brakowało mi grania. Pierwszy kontakt to na pewno trochę dziwne uczucie z jednej strony, a z drugiej jest ta myśl, że w końcu mogę powoli zacząć robić to, co robię całe życie! Dzień, w którym ponownie „po raz pierwszy” dotknąłem piłki był jak każdy poprzedni. Rehabilitacja na siłowni, trucht na boisku i później trochę prowadzenia piłki, podań. Tak naprawdę nie umawialiśmy się, kiedy zaczniemy, kiedy spróbujemy, jakoś tak na bieżąco zdecydowaliśmy żeby spróbować z Adrianem.

Trznadel

Po treningach indywidualnych przyszły treningi z drużyną. Jak wyglądał dla Ciebie ten „pierwszy”, również pod kątem fizycznym?

Taki pełny trening z drużyną odbyłem dopiero na początku grudnia, w okresie roztrenowania po rundzie jesiennej. Wcześniej uczestniczyłem w rozgrzewkach biegowo-gimnastycznych i lekkich ćwiczeniach z piłką, a później wracałem do swoich zajęć i odbudowywania wydolności i siły mięśniowej. Od jakiegoś czasu byłem już w mocniejszym treningu z trenerem przygotowania motorycznego Zbigniewem Dąbkiem, który przygotowywał mnie już do pełnego powrotu na boisku. Wracając do samego treningu z drużyną, to o dziwo czułem się bardzo dobrze pod kątem fizycznym tamtego dnia. Może było to spowodowane tą euforią, że mogę trenować z chłopakami a nie tylko indywidualnie.

Trznadel

Wszystko dobrze się skończyło. Wróciłeś do treningów z drużyną, jesteś do dyspozycji trenera, a po kontuzji nie ma już chyba śladu. Za Tobą też gra w pierwszych zimowych meczach kontrolnych. Jak się teraz czujesz, jak oceniasz swoją obecną formę i jak patrzysz na ten okres przygotowawczy, czego od siebie oczekujesz i jakie stawiasz sobie cele i plany?

Jeżeli chodzi o pierwszy sparing, to towarzyszyły mi mieszane uczucia, bo z jednej strony w końcu mogłem zagrać mecz, a z drugiej po prostu czułem się słabo pod kątem czysto piłkarskim i fizycznie wiem, że jeszcze sporo mi brakuje, chociaż ciężko pracuję, by nadrobić to stracone półrocze. Na tę chwilę, jeżeli chodzi o formę fizyczną nie jest najgorzej, brakuje mi czucia piłki i zdaję sobie z tego sprawę. Na pewno z każdym dniem i każdym treningiem będę szedł do przodu i moja pewność siebie pod tym kątem też będzie rosła. Nie da się tego zrobić na pstryknięcie palcem. Do okresu przygotowawczego podchodzę z wielkim optymizmem, bo przede wszystkim mogę normalnie trenować i na tę chwilę nie ma problemu z kontuzjowanym kolanem. Nie stawiam sobie jakiegoś celu, że muszę wywalczyć miejsce w składzie, czy coś podobnego. Chcę odbudowywać się fizycznie, z każdym dniem poprawiać się w czuciu piłki takim czysto piłkarskim, a wtedy wiem – znając swoje walory i umiejętności – że wszystko będzie ok i pójdzie za tym również przekonanie trenera, że to na mnie powinien postawić w pierwszym meczu. Chciałbym po prostu skupić się nie tym, by dbać o każdy aspekt przygotowania do treningu czy sparingu. No i jedyny i najważniejszy cel, chociaż nie mam na niego wpływu w 100%, to żeby omijały mnie problemy zdrowotne.

Czy ta kontuzja, okres bez piłki coś w Tobie i w Twoim życiu zmienił?

Myślę, że pierwsza taka rzecz, to myśl ze coraz mniej czasu mam na spełnienie jakiś swoich marzeń i celów czysto piłkarskich i moje podejście jeszcze bardziej będzie skupione na piłce, żeby czerpać z tego jak największą radość i jak najlepiej wykorzystać ten czas, który mi został. Również moje podejście poza piłką uległo zmianie. Teraz wiem, że chociaż byś dbał bardzo o każdy aspekt tj. jedzenie, regenerację, czy ćwiczenia, itp., to i tak może się przytrafić kontuzja mniejsza lub większa, tak jak w moim przypadku i trzeba mieć jakiś pomysł na siebie. W tym czasie bardziej zacząłem się zastanawiać nad tym aspektem i chcę się rozwijać również poza piłką, w tym czasie, w którym będę jeszcze grał. Teraz jednak najważniejsze jest granie dla Stali i osiąganie z drużyną postawionych przed nami celów i… zwykła radość z gry!

Autor tekstu: Tomasz Flakowski

Najnowsze aktualności